Na okładce czytamy: Młoda, niewinna studentka literatury Anastasia Steele jedzie w
zastępstwie koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z
rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Mężczyzna od
pierwszych sekund spotkania fascynuje ją i onieśmiela. W powietrzu wisi
coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać, a może tylko
się jej wydaje? Z prawdziwą ulgą kończy rozmowę i postanawia zapomnieć o
intrygującym przystojniaku.
Planu nie udaje jej się zrealizować, bo Christian Grey zjawia się nazajutrz w
sklepie, w którym Anastasia dorywczo pracuje. Przypadek? I do tego
proponuje kolejne spotkanie.
W
tym miejscu kończy się „disneyowskie” love story, choć młodziutka,
niedoświadczona dziewczyna nie wie jeszcze, że Christian opętany jest
potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na
własnych, dość niezwykłych warunkach… Czy dziewczyna podpisze
tajemniczą umowę, której warunki napawają ją strachem i fascynacją? Jaki
sekret skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w
nim demony?
Pierwsza myśl jaka nasunęła mi się po przeczytaniu
„Pięćdziesięciu twarzy Greya” to wiele hałasu o nic. Ani nie jestem zszokowana, ani zniesmaczona –
romans jak każdy inny tylko, że z większą ilością seksu i „czerwonym pokojem
bólu”. Zastanawiam się co ta książka w
sobie ma, bo bije rekordy popularności.
Określiłabym to słowem magnetyzm, bo nie można się od niej oderwać - czyta się
ją wszędzie - na przystanku i w wannie - w każdej wolnej chwili. Najnormalniej
wbija w fotel. Tyle byłoby o plusach.
Historia banalna – dwoje ludzi z dwóch różnych światów, przyciągają się
na zasadzie przeciwieństw – on milioner, ona studentka, on lubiący perwersyjny
seks, ona niedoświadczona. Typowy harlequin tylko, że z pieprzem. Pomysł więc
autorka miała żaden. Idziemy dalej bohaterowie – on – młody, bajecznie bogaty, szarmancki, opiekuńczy,
wykształcony – książę z bajki. Ona – głupiutka, naiwna, dziecinna,
nieznająca własnej wartości – bohaterka koszmar. Greya można jeszcze tolerować. Anastasii niestety nie – irytuje na każdej
stronie, wielbicielka Tomasza Hardy’ego, a
dojrzalsze od niej jest dziecko w
przedszkolu, na dźwięk słowa seks a to
się rumieni, a to na pomoc wzywa św. Barnabę, do krwi ma zgryzioną dolną wargę,
bo to wabik na Greya, nie wspominając już o dialogach naprzemiennie z
wewnętrzną boginią albo podświadomością.
Na pierwszej stronie książki miałam ochotę już ją zabić. Na bohaterów też autorka nie miała pomysłu są
sztampowi, identyczni jak w innych romansach. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to
słaba powieść, najgorsze jest jednak to, że tłumaczenie jest żenujące. Nie wiem czy śmiać się czy płakać. Dialogi głównej bohaterki z podświadomością i wewnętrzną boginią tragiczne. Gdy przeczytałam, że wewnętrzna
bogini jęczy a to podrzuca pomponikami
śmiałam się dobrych kilkanaście minut.
Jednak najzabawniejsze było to, że Ana w chwilach uniesienia wzywa św. Barnabę. Skąd tego świętego wzięła
tłumaczka nie mam pojęcia. W tym wypadku
wolałabym czytać „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w oryginale. Gdybym ja
decydowała, to w tej formie nigdy nie puściłabym książki do druku. Pominę drobne literówki i średnią okładkę.
Nie wiem co ta książka w sobie ma i nie rozumiem jej
fenomenu i mimo, że jest ona słaba już połykam drugą część. Pod względem treściowym jest na naprawdę
niskim poziomie, jednak nie potrafię się od niej oderwać. To tak jak z
jedzeniem czekolady, chociaż wiem, że mi szkodzi zawsze zjadam do ostatniej
kostki:-)
Myślę, że można tę powieść przeczytać, żeby wyrobić sobie swoją opinię.
Moja ocena: oceniam tylko wartość treściową czytasz na własną odpowiedzialność (2/6)
E.L. James
Pięćdziesiąt twarzy Greya
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2012
s. 606