Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 lutego 2020

INNA KOBIETA - Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska



Na okładce czytamy:  Ada jest samotną matką czteroletniej Tosi. Jakiś czas temu rozwiodła się z mężem alkoholikiem. Nowa szefowa wykorzystuje Adę do pisania sprzecznych z etyką dziennikarską artykułów, a były mąż z radością wytyka jej każde potknięcie. Codzienną rutynę kobiety przerywa w końcu namiętny romans z przystojnym kolegą z pracy. Joanna jest przeciwieństwem Ady. To zmęczona psycholożka, tworząca wraz z kochającym mężem i dwójką dzieci szczęśliwą rodzinę. Jedynie jej pacjenci i rozwiedzeni od lat rodzice przyprawiają ją o ból głowy. Kobieta jest przekonana, że żyje w idealnym związku, a jak jest naprawdę? Niespodziewanie losy tych dwóch różnych kobiet skrzyżują się w najmniej oczekiwanym momencie.

Moim zdaniem: Rzadko wpada mi w ręce tak dobra powieść obyczajowa - w której nie ma lukru, tylko szczęśliwych zbiegów okoliczności i bohaterek tak infantylnych, że aż boli.  To jest powieść o dwóch kobietach i ich miłości do jednego mężczyzny. Bez upiększania, z trudnymi decyzjami bohaterek, z ich rozterkami  i wątpliwościami. Tak jak to w prawdziwym życiu wygląda. Do tego napisana ładnym językiem. Powieść dla kobiet na naprawdę wysokim poziomie i dodatkowo mądra życiowo.

Moja ocena: biegnij do biblioteki/księgarni:-)  (6/6) 

Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska
Inna kobieta
W.A.B.
Warszawa 2019
s. 400

środa, 21 stycznia 2015

CIEMNIEJSZA STRONA GREYA - E L James


Na okładce czytamy: Młodziutką studentkę Anę Steele i charyzmatycznego miliardera Christiana Greya połączył niecodzienny układ, który z czasem przerodził się w coś znacznie głębszego. Jednak demony Greya zwyciężyły, Ana zerwała uzależniający związek i zajęła się karierą. Rozstanie okazuje się bolesne. Ogarnięci obsesyjną tęsknotą kochankowie nie potrafią bez siebie żyć. Kiedy więc Christian proponuje Anie zupełnie nowy układ, dziewczyna nie potrafi mu odmówić. Wkrótce zaczynają uczyć się siebie nawzajem. Christian walczy z wieczną potrzebą kontroli i stopniowo oswaja drzemiące w nim demony. Ana uczy się życia w luksusie i bronienia własnej niezależności. Kiedy wydaje się, że świat miłości, pasji i nieskończonych możliwości stoi przed nimi otworem, ciemne chmury gromadzą się nad luksusowym wieżowcem, w którym mieszkają… Drugi tom wyczekiwanego bestsellera wszech czasów.

Druga część  historii Christiana Greya i  Anastasii Steele  nie jest ani lepsza, ani gorsza od „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Kogo wciągnęła pierwsza książka, ten przeczyta i drugą.  Bo powieść tak samo jak pierwszy tom przyciąga uwagę, nie można się od niej oderwać, każdą wolną chwilę wykorzystuje się na jej czytanie.  Natomiast reszta pozostawia wiele do życzenia.  Bohaterowie tacy sami. Ana nadal głupiutka, z umysłem dojrzewającego dziewczęcia, Grey nadal kreowany na księcia z bajki i boga seksu. W tej części poznajemy jego tajemnicę.  Dla uważnego czytelnika nie będzie ona zaskoczeniem. Jest mało wyszukana.  Fabuła moim zdaniem dużo gorsza  - przewidywalna, bez polotu i finezji. Tylko czego ja oczekiwałam? Autorka, tak jak w pierwszej części, serwuje nam proste, żeby nie napisać siermiężne rozwiązania.  Pomysł wprowadzenia do sielankowego życia głównych bohaterów,  byłej uległej Christiana i nowego szefa Anastasii - żałosny. I tak przecież wiemy jak to wszystko się skończy. Autorka niestety nie ma talentu pisarskiego, a tym bardziej wyobraźni. Wszystkie pomysły już gdzieś były, a seks... po pewnym czasie masz już dość jęczącego, prawie na każdej stronie, Christiana i wijącej się z rozkoszy Any.  Język nadal skandaliczny, wewnętrzna bogini króluje. Okładki trzech części  utrzymane w jednej stylistyce – ta najbardziej mi się podoba. Na okładce można przeczytać takie hasło reklamowe „kilka deko lukru, szczypta pieprzu, kilka kropel perwersji i garść pikanterii” tylko, że ten opis odbiega od rzeczywistości. Owszem  są tony lukru i niewielka szczypta białego pieprzu. A reszta gdzieś się zgubiła. 
Po drugim tomie nie wiem czy mam ochotę na kolejną dawkę twórczości E L James.  Spodziewam się kolejnej  odgrzewanej historii. Autorka raczej już niczym nie zaskoczy. „Nowe oblicze Greya” leży jak na razie na półce...

O „Pięćdziesięciu twarzach Greya” piszę tu


Moja ocena: oceniam tylko wartość treściową czytasz na własną odpowiedzialność (2/6)

E.L. James
Ciemniejsza strona Greya
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2012
s. 626


sobota, 29 listopada 2014

PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA - E. L. James


Na okładce czytamy: Młoda, niewinna studentka literatury Anastasia Steele jedzie w zastępstwie koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Mężczyzna od pierwszych sekund spotkania fascynuje ją i onieśmiela. W powietrzu wisi coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać, a może tylko się jej wydaje? Z prawdziwą ulgą kończy rozmowę i postanawia zapomnieć o intrygującym przystojniaku.
Planu nie udaje jej się zrealizować, bo Christian Grey zjawia się nazajutrz w sklepie, w którym Anastasia dorywczo pracuje. Przypadek? I do tego proponuje kolejne spotkanie.
W tym miejscu kończy się „disneyowskie” love story, choć młodziutka, niedoświadczona dziewczyna nie wie jeszcze, że Christian opętany jest potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych, dość niezwykłych warunkach… Czy dziewczyna podpisze tajemniczą umowę, której warunki napawają ją strachem i fascynacją? Jaki sekret skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?

Pierwsza myśl jaka nasunęła mi się po przeczytaniu „Pięćdziesięciu twarzy Greya” to wiele hałasu o nic.  Ani nie jestem zszokowana, ani zniesmaczona – romans jak każdy inny tylko, że z większą ilością seksu i „czerwonym pokojem bólu”.  Zastanawiam się co ta książka w sobie ma, bo  bije rekordy popularności. Określiłabym to słowem magnetyzm, bo nie można się od niej oderwać - czyta się ją wszędzie - na przystanku i w wannie - w każdej wolnej chwili. Najnormalniej wbija w fotel. Tyle byłoby o plusach.  Historia banalna – dwoje ludzi z dwóch różnych światów, przyciągają się na zasadzie przeciwieństw – on milioner, ona studentka, on lubiący perwersyjny seks, ona niedoświadczona. Typowy harlequin tylko, że z pieprzem. Pomysł więc autorka miała żaden. Idziemy dalej bohaterowie – on – młody,  bajecznie bogaty, szarmancki, opiekuńczy, wykształcony –  książę z bajki. Ona – głupiutka, naiwna, dziecinna, nieznająca własnej wartości – bohaterka koszmar. Greya można jeszcze tolerować.  Anastasii niestety nie – irytuje na każdej stronie, wielbicielka Tomasza Hardy’ego, a  dojrzalsze od niej  jest dziecko w przedszkolu,  na dźwięk słowa seks a to się rumieni, a to na pomoc wzywa św. Barnabę, do krwi ma zgryzioną dolną wargę, bo to wabik na Greya, nie wspominając już o dialogach naprzemiennie z wewnętrzną boginią albo podświadomością.  Na pierwszej stronie książki miałam ochotę już ją zabić.  Na bohaterów też autorka nie miała pomysłu są sztampowi, identyczni jak w innych romansach. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to słaba powieść, najgorsze jest jednak to, że tłumaczenie jest żenujące.  Nie wiem czy śmiać się czy płakać.  Dialogi głównej bohaterki z  podświadomością i wewnętrzną boginią  tragiczne. Gdy przeczytałam, że wewnętrzna bogini jęczy a to podrzuca pomponikami  śmiałam się dobrych kilkanaście minut.   Jednak najzabawniejsze było to, że Ana w chwilach uniesienia wzywa  św. Barnabę. Skąd tego świętego wzięła tłumaczka nie mam pojęcia.  W tym wypadku wolałabym czytać „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w oryginale. Gdybym ja decydowała, to w tej formie nigdy nie puściłabym książki do druku.  Pominę drobne literówki i średnią okładkę.
Nie wiem co ta książka w sobie ma i nie rozumiem jej fenomenu i mimo, że jest ona słaba już połykam drugą część. Pod względem treściowym jest na naprawdę niskim poziomie, jednak nie potrafię się od niej oderwać. To tak jak z jedzeniem czekolady, chociaż wiem, że mi szkodzi zawsze zjadam do ostatniej kostki:-)
Myślę, że można tę powieść przeczytać, żeby wyrobić sobie swoją opinię.

Moja ocena: oceniam tylko wartość treściową czytasz na własną odpowiedzialność (2/6)

E.L. James
Pięćdziesiąt twarzy Greya
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2012
s. 606

sobota, 8 marca 2014

DO SZALEŃSTWA



Na okładce czytamy: Chloe, w przeciwieństwie do sióstr, które wkrótce wychodzą za mąż, nie jest gotowa, by się ustatkować. Jej miłość do kłopotów - i kłopoty z miłością - przyciągają jednak uwagę bardzo surowego, seksownego szeryfa, który postanawia nieco poskromić jej dzikość.
I nagle Chloe nie może zrobić kroku, by się na niego nie natknąć. Osobowość i enigmatyczny uśmiech Sawyera sprawiają, że każda kobieta błaga, by zakuł ją w kajdanki. Po raz pierwszy w życiu, zamiast omijać prawo, Chloe pragnie mu się podporządkować. Czy buntowniczka zdoła żyć w zgodzie z zasadniczym szeryfem? Czy mimo barwnej przeszłości znajdzie w miasteczku Lucky Harbor trwałe uczucie i spokojną przystań, o której zawsze marzyła?

Miałam ochotę na lekturę lekką i niewymagającą myślenia - padło na „Do szaleństwa” Jill Shalvis, czyli typowy romans. A co o romansie można napisać? Intensywne, pełne namiętności uczucie wybucha  między Chloe i Sawyerem. Wszystko kończy się happy endem, choć nie bez przeszkód. Bohaterowie jak w książkach tego typu, są piękni, młodzi i diametralnie różni.  Chloe - spontaniczna, żyjąca chwilą, buntowniczka z wyboru.  Sawyer - szeryf miasteczka Lucky Harbor, twardo stąpający po ziemi, niezwykle opanowany i stanowczy. Akcja - wszystko kręci się wokół miłości.
Niestety, tym razem książka nie przyniosłam mi odprężenia. Po kilku kartkach byłam już nią znużona. „Szczęściarę” czytałam z ciekawością, natomiast „Do szaleństwa” po pierwszym rozdziale stało się do bólu przewidywalne. Miałam wrażenie, że autorka zmieniła tylko bohaterów, a całą akcję skopiowała z wcześniejszych książek. Powieść tę polecam jedynie wielbicielom gatunku, inni mogą się przy niej śmiertelnie nudzić.

„Szczęściarę” recenzuję tu


Moja ocena: czytasz na własną odpowiedzialność (2/6)

Jill Shalvis
Do szaleństwa
Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
s. 400
 

sobota, 28 grudnia 2013

SZCZĘŚCIARA


Na okładce czytamy: Mallory Quinn ma już dość swego przewidywalnego życia. Jako pielęgniarka i oddana córka troszczy się o wszystkich, lecz nie o siebie. Jest ulubienicą całego miasteczka, które oczekuje, że znajdzie odpowiednią partię. A ona marzy, by podjąć ryzyko i zawrzeć znajomość z Panem Nieodpowiednim. Czy mogłaby znaleźć lepszego kandydata do tego miana niż Ty Garrison? Tajemniczy przystojniak daje jej jasno do zrozumienia, że w Lucky Harbor jest tylko przejazdem, co bardzo odpowiada Mallory. Jego smukłe, umięśnione ciało i seksowny uśmiech zapewnią jej mnóstwo wspomnień, gdy już wyjedzie… Po raz pierwszy w życiu Ty nie chce wyjeżdżać. Udzielanie porad uroczej początkującej uwodzicielce, która próbuje odnaleźć dziką stronę swej natury, budzi w nim nieznane pragnienia. Przelotna przygoda Mallory i Ty’a przeradza się w coś więcej.  Czy zdołają odnaleźć szczęście w miłości? W miasteczku o nazwie Lucky Harbor wszystko jest możliwe.

Po przeczytaniu opisu na okładce myślałam, że będzie to książka podobna do „Dziennika Bridget Jones”.  Jest to jednak typowy romans. Z początku  trochę ta powieść mnie nudziła, jednak potem przywykłam. Tak jak na romans przystało jest tu nieziemsko przystojny mężczyzna, choć z przeszłością - Ty Garrison i dobra aż do bólu, pragnąca odmiany, szara myszka - Mallory Quinn. Cała fabuła koncentruje się na chemii, która wybucha między nimi. Mamy więc tu i namiętność, i pikantne momenty. Pojawiają się też przeszkody, aby na sam koniec przeżyć widowiskowy happy end. Tak więc nie ma zaskoczenia, całą historię można przewidzieć, a zakończenia można się domyślić. Każdy rozdział  rozpoczyna  myśl dotycząca czekolady i miłości. Niektóre bardzo trafione. Ten pomysł bardzo mi się podoba.  Na samym końcu książki jest przepis na ciasto bardzo czekoladowe, którym zajadają się bohaterowie.
Powieść jest łatwa, lekka i przyjemna, taka na odstresowanie. Dobrze się ją czyta po trudnych lekturach, bo przy niej nie trzeba myśleć.  Jednak jeśli ktoś nie lubi romansów będzie się męczył.  Jeśli będę miała okazję to sięgnę po kolejne książki tej autorki.

Moja ocena: można przeczytać, gdy nie ma co czytać (3/6)

Jill Shalvis
Szczęściara
Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
s. 416
 

sobota, 7 grudnia 2013

WIEDEŃSKA GRA


Na okładce czytamy: Hiszpania, rok 1913. Młoda szlachcianka Isabel przeżywa wielki dramat: nie tylko straciła rodziców, ale też na chwilę przed ślubem zostaje porzucona przez narzeczonego. Na szczęście pomocną dłoń wyciąga do niej ciotka, austriacka arystokratka blisko związana z cesarskim dworem Franciszka Józefa. Podróży Isabel do Austrii towarzyszą dziwne i niepokojące zdarzenia, a w pozornie spokojnym Wiedniu coraz wyraźniej czuć narastające napięcie. W powietrzu wisi wojna, której starają się zapobiec prowadzący zakulisowe rozmowy dyplomaci, podczas gdy spotykająca się potajemnie orientalna sekta dąży do jej rozpętania za wszelką cenę. Piękna Hiszpanka wbrew swoim zamiarom rozbudza namiętność kolejnych mężczyzn. Okazuje się, że żadna z osób, z którymi się styka, nie jest tym, za kogo się podaje. Stopniowo dziewczyna staje się elementem twardej męskiej gry, prowadzonej przez agencje wywiadowcze różnych krajów.
 

„Wiedeńska gra” sprawiła, że mam  mieszane uczucia. Tydzień zastanawiałam się co o niej napisać. Połowę przeczytałam z zapartym tchem, potem było słabiej. Plusy. Urzekłam mnie dwuosobowa narracja - historię w formie listów do kochanka i brata przedstawia kobieta i mężczyzna - każdy z nich widzi sytuację inaczej i każdy dostrzega co innego. Dzięki temu książkę doskonale się czyta. Bohaterowie wielowymiarowi - tajemniczy, niezwykli, a jednocześnie twardzi i bezwzględni. Dopiero pod koniec książki pokazują prawdziwą twarz. „Wiedeńska gra” jest napisana pięknym językiem.  Dawno nie miałam takiej przyjemności w czytaniu. Jest to z pewnością zasługa doskonałego tłumaczenia. Wojciech Charchalis wykonał kawał świetniej roboty.  Minusy. Połączenie romansu, powieści szpiegowskiej i kryminału to ciekawy pomysł, ale trochę ryzykowny, bo wszystko musi być doskonale przemyślane i dopracowane. W tej książce jedynie wątek miłosny był przedstawiony perfekcyjnie. Wielbiciele romansów powinni być więc usatysfakcjonowani. Mnie trochę zabrakło w tej książce kryminału, a o tym że czytam powieść szpiegowską zorientowałam się dopiero gdy zostało to powiedziane:-) Intryga i tajemnica mnie nie przekonały. Rozwiązania domyśliłam się już w połowie powieści. Nie byłam zaskoczona, ani zdziwiona. A to lubię. Moim zdanie było też kilka potknięć w fabule - wątki nagle wrzucone, albo przerwane w połowie. By potem pod koniec książki do nich, równie nagle, wrócić. Może w taki sposób autorka chciała zbudować efekt zaskoczenia? Mnie to drażniło. Książkę kupiłam ze względu na Wiedeń, a tego miasta było w powieści jak na lekarstwo:( Uwagi techniczne. Okładka graficznie ciekawa. Przyciąga uwagę.
„Pełna pasji i egzotyki historia szpiegowska z cesarskim Wiedniem w tle. Zachwyca, przeraża i wciąga bez reszty” - takie zdanie pojawia się na okładce. „Wiedeńskiej gry” tak wysoko bym nie oceniła. Myślę, że czas poświęcony tej książce nie będzie zmarnowany i warto ją przeczytać. Na mnie czeka już „Szmaragdowa tablica”.

Moja ocena: warto przeczytać - (4,5/6)

Carla Montero
Wiedeńska gra
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2013
s. 372



niedziela, 9 czerwca 2013

BIAŁA WILCZYCA



Na okładce czytamy:  Jest rok 1917. Ksenia, piętnastoletnia piękna „biała” Rosjanka, traci rodziców i ucieka z bolszewickiego Piotrogrodu do Paryża. Poznanie Maxa, czarującego  niemieckiego fotografa, odmieni życie obojga na zawsze.

Książka ta nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Zmuszałam się do jej czytania. Z trudem przebrnęłam przez pierwszą część, która jest po prostu nudna. W trakcie czytania się trochę wciągnęłam. Nie znaczy to jednak, że  mnie nie znużyła. Pomysł oklepany. Wiele jest książek o podobnej fabule, lepiej napisanych. Moim zdaniem książka nie oddaje atmosfery epoki, a tym bardziej miast w których akcja się toczy. Trudno jest pisać o czasach w których się nie żyło. Nielicznym się to udaje. Jednak w przypadku tej powieści nie ma o tym mowy. Nie podobało mi się tłumaczenie.  Jest ono naszpikowane wyrazami obcymi, które nie pasują do takiego rodzaju literatury. Drażniło mnie to najbardziej. Oprócz tego zdarzają się też nieudolne spolszczenia i dziwna nowomowa. Od czasu do czasu pojawiają się też perełki. Na to jednak można przymknąć oko. 
Powieść, którą postawisz obok „Przeminęło z wiatrem” tak reklamuje się tę książkę. Niestety „Biała wilczyca” w niczym nie dorównuje powieści Margaret Mitchell. Można ją przeczytać, ale fajerwerków przy jej lekturze nie będzie.

Moja ocena: można przeczytać, gdy nie ma co czytać (3/6)

Theresa Revay
Biała wilczyca
Świat Książki
Warszawa 2010
s. 476

niedziela, 28 kwietnia 2013

AMORE, AMORE! MIŁOŚĆ PO WŁOSKU


Na okładce czytamy: Valeria, pół Włoszka, pół Niemka, wraca po latach do Neapolu, by  na zlecenie niemieckiego pisma zbadać, cóż takiego kryje w sobie kraj miłość  i latin lovers. Co różni Włochów od innych mężczyzn? Jak należy z nimi postępować? Valeria wyrusza w ekscytującą podróż do świata amore all' italiana. Czy na własnej skórze przekona się, co znaczy miłość po włosku?

Minusy. Czytając zastanawiałam się o czym ta książka właściwie jest. Miał to być poradnik? Miała to być fascynująca  historia miłosna? Niestety, wyszło nie wiadomo co. I w dodatku bardzo słabe. Jeśli miał to być romans to pomysł nie tylko banalny, ale i powielony. Są przyjemniejsze i ciekawiej opowiedziane historie. Jeśli natomiast poradnik to oparty na stereotypach. Temat miłości potraktowany powierzchownie, a typowy Włoch to uwodziciel, skaczący z kwiatka na kwiatek, mający tabuny kochanek. Nic odkrywczego.   W książce panuje okropny chaos, co bardzo mi przeszkadzało. W natłoku informacji i wydarzeń gubią się bohaterowie. Uwagi techniczne.  Fatalne tłumaczenie.  Przy złotych myślach („A myśl o Luce to teraz diament wprawiony w moją prawą skroń, wciąż czuję  jego ostre krawędzie” czy „ jego orzechowe oczy lśnią cichym blaskiem”) ubawiłam się do łez.  Słabo też językowo. Pojawiło się sporo perełek. Co znaczy zdanie -  pewna dama  przy stoliku obok syka?  Drażniły mnie też włoskie wtrącenia. Domyślam się, że miały one jeszcze bardziej podkreślić włoski charakter książki, ale było ich zdecydowanie za dużo.  Plusy. Powieść, w niewielkim stopniu, ratują opisy włoskiej przyrody i neapolitańskiej kuchni. Odniesienia do włoskiej kultury i tradycji sprawiły, że dotrwałam do ostatniej strony.
Wniosek: piękna sceneria i miłosna historia niestety nie wystarczą, żeby napisać dobrą książkę.

Moja ocena: czytasz na własną odpowiedzialność - (2/6) 

Maria Carmen Morese
Amore, amore! Miłość po włosku
Świat Książki
Warszawa 2011

s.272